Diefenbach

Diefenbach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 sierpnia 2015

There is an app for that (Terminator: Genisys)

Albo dlaczego wciąż najlepszym Terminatorem pozostaje T1.

Major spoilers ahead, czujcie się ostrzeżeni.

Idąc do kina nie spodziewałem się filmu na miarę T1, ani nawet T2 (który niezależnie od dziur fabularnych i pośledniości względem wcześniejszej części był jednym z najlepszych action s-f w historii ever). Pod tym względem się nie zawiodłem. Z kina wyszedłem w niezłym nastroju i miałem zamiar napisać, że to film na poziomie T3 i T:S (co wcale nie miało być jakimś szczególnym komplementem). Ale im bardziej zaglądałem do słoja, tym bardziej miodu tam nie było. Niestety, ostateczny werdykt jest taki, że to jest film niedobry. Bardzo niedobry.

Pierwsza część, ta polegająca na odtwarzaniu scen z T1, tyle że z twistem, jest całkiem fajna, ale ciągnie niestety tylko i wyłącznie na oparach nostalgii. Gdyby nie sprzedano tych twistów w trailerach byłoby znacznie lepiej, mimo że niektórzy twierdzą, że zwiastuny wcale nie zespojlowały filmu.

Fragment grafiki Bartosza i Tomasza Minkiewiczów, oczywiście
Dalej robi się fabularny bałagan. Wątków jest za dużo i są zbyt idiotyczne. Film mógłby spokojnie ograniczyć się do akcji w dwóch punktach czasowych: 2029 i 1984, cały ten 2017 jest kompletnie zbędny. Zamiast tego lepiej byłoby wytłumaczyć o co chodziło z wysłaniem terminatorów do 1973 (wspomina się o tym, ale nigdy nie zostaje to wytłumaczone, czyżby materiał na sequel?) i faktycznie pokazać co tam się stało, zamiast kazać Sarze o tym opowiedzieć (show, don’t tell, do chuja!).

Dlaczego to zły film? Może powiem najpierw, dlaczego T1 był takim dobrym filmem*. Na poziomie fabularnym mamy w nim do czynienia z ponurym paradoksem i błędnym kołem: SkyNet wysyła terminatora w przeszłość, żeby nie dopuścić do narodzin Johna Connora, jednak wysłanie terminatora doprowadza do narodzin Johna, bo Kyle Reese okazuje się być jego ojcem, a ponadto (co wyraźnie zobaczyliśmy dopiero w T:S i teraz w T:G) John Connor nie jest jakimś mega koksem, wybitnym przywódcą, tylko całą swoją karierę opiera na tym, że WIE co się będzie działo, bo opowiedziała mu o tym matka (która sama pobrała przyśpieszone lekcje od Reesa). Zatem - gdyby SkyNet nie wysłał terminatora, to nie miał by na głowie Connora. Ale z drugiej strony, jakby nie wysłał terminatora, to by sam nie powstał, bo oryginalny SkyNet został zbudowany z resztek pierwszego terminatora. Los Johna i SkyNetu spleciony jest nierozerwalnie, niemożliwa jest linia czasowa bez obu naraz. SkyNet musi powstać, John Connor musi się urodzić, SkyNet musi zostać zniszczony przez ludzkość pod przywództwem Johna, nie ma innej możliwości - nie dlatego, że działają jakieś tajemnicze metafizyczne siły (jak próbuje się popychać w T3, co jest strasznym bulszitem), ale dlatego, że to jest ta sama linia czasowa i skoro przyczyna już się wydarzyła, to skutek musi nastąpić, nie jest możliwy rok 2029 bez wydarzeń z roku 1984.

Wszystko co zostało dodane później, w kolejnych filmach, było już ciężkim pierdoleniem. Jak zaznaczyłem na początku - nawet przy ciężkim pierdoleniu T2 był znakomitym filmem, a T3 filmem dobrym. Kwestia gatunków - T1 to horror s-f, reszta to filmy akcji, akcja dawała radę, więc bzdury fabularne łatwiej było przełknąć. Niestety, mamy rok 2015, a akcja T:G jest trzy razy mniej spektakularna niż w T2 ćwierć wieku temu. CGI T-1000 jest lepsza o jakieś 10% niż w 1991 mimo upływu dwóch albo i trzech epok komputerowych efektów specjalnych.

Oprócz niezbyt zajmującej akcji T:G zawiera również (a może nawet przede wszystkim) plot holes wielkości stadionu. Skoro Sarah i Kyle przenoszą się z roku 1984 do roku 2017 nie urodziwszy wcześniej Johna to znaczy, że w tym timelinie John Connor nigdy się nie urodził, więc niby w jaki sposób mógłby zostać przysłany z przyszłości do roku 2017? I w ogóle to od kiedy (w mitologii Terminatorów, oczywiście) można przenosić się pomiędzy różnymi liniami czasu? Wszyscy nagle się teleportują do tego samego 1984, a potem do tego samego 2017 mimo, ze to nie jest ten sam 1984 i to nie jest ten sam 2017, bo wcześniej ktoś przeniósł T-1000 i T-800 do 1973 (no właśnie: kto! na początku mówi się, że nie wiadomo, a potem nikt do tematu nie wraca) zmieniając kompletnie przeszłość. I skąd w ogóle Skynet w 2029 wiedział, że Kyle i Sarah przeniosą się do 2017? Z perspektywy jego roku 2029 rok 2017 to było już 20 lat po apokalipsie, z ludzkością na kolanach. I skoro Sarah i John się przenieśli do 2017, to czy przypadkiem nie zrealizowali w ten sposób planu Skynetu pt. John Connor nigdy się nie urodził? Ok, można powiedzieć, że SkyNet nie wiedział, że John będzie potrzebny w 2017, tylko przeniósł go dwanaście lat wstecz (względem 2029), żeby zapewnić swoje własne powstanie. Tylko, że na jaki chuj, skoro ten Skynet wysyłający Johna do 2017 sam powstał w 1997? I skąd ten Skynet wiedział, że trzeba się przenosić do 2017, skoro sam przed chwilą wysłał terminatora do 1984, tak jakby jego stan wiedzy nie różnił się od tego z czasów T1? I skoro nie-urodzenie Johna nie zmieniło wcale przyszłości (John i tak w niej pozostał), to na jaki chuj w ogóle był cały plan wysłania terminatorów żeby się John nie urodził, skoro i tak nie mogło zmienić to przyszłości i nie spowodowałoby zniknięcia Johna w tejże przyszłości? (racjonalizacja jest taka, że Skynet tego nie wiedział, bo to była pierwsza eksperymentalna podróż w czasie ever i nie wiadomo jakie miałaby skutki, a Skynet był w desperackiej sytuacji, bo właśnie przegrywał wojnę). Kiedy się kombinuje  z podróżami w czasie trzeba uważać, bo łatwo popaść w głupotę taką, że zęby bolą.

Poza tym mamy ten sam problem, co w T:S - nie mamy pojęcia kto co wie i skąd to wie. W T1 mamy powiedziane, że SkyNet wiedział tyle, że Sarah Connor mieszkała w 1984 w Los Angeles. A teraz nagle okazuje się, że wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich liniach czasowych, nawet tych, w których nigdy nie funkcjonowali. A SkyNet to w ogóle stał się wszechwiedzący i chyba różne SkyNety z różnych linii czasowych mają jedną kolektywną świadomość, tak że myśli Genisys z 2017 znane są SkyNetowi ‘97 w roku 2029 i na odwrót.  (jak to możliwe, że ziom przegrał tą wojnę w ogóle?).

Każda kolejna część Terminatora pokazuje coraz więcej scen z wojny z maszynami (hej, nawet cały jeden film o tym jest). I nie jest to dobre. Pamiętacie sceny z T1? Mrok, ukrywanie się po ruinach, wielkie maszyny rozjeżdżające poukrywanych tu i ówdzie ludzi. Nie wiedzieliśmy w jaki sposób John doprowadził taką garstkę obszarpańców do zwycięstwa. Pierwsza sekwencja z T2 też była w pytę. Ale im więcej szczegółów z samego pokonania SkyNetu poznajemy, tym bardziej idiotyczne się to wydaje.

Człowiek siedzi w kinie i zaczyna analizować to co widzi, bo substancja filmu go nie porywa, zauważa więc również dużo pomniejszych dziur logicznych - dlaczego T-1000 naprawia zastrzelonegoT-800 wpuszczając mu trochę swojej substancji w głowę, skoro ten został zniszczony strzałem w baterię mieszczącą się w korpusie? Dlaczego w ogóle Popsy podejmuje walkę z tymże T-800 wysłanym do 1984 - Sarah nie mogła go od razu zastrzelić zza winkla? Dlaczego obok opuszczonego bunkra (wyraźnie powiedziane jest, że jest opuszczony i daleko od cywilizacji) nagle pojawiają się wycieczki szkolne? Jak za pomocą kilku rachitycznych ładunków rozmieszczonych w dwie minuty udało się wysadzić kilka wieżowców Cyberdyne? Czy T-1000 z 1984 to ten sam, który przybył do 1973? Jeśli tak, to dlaczego Sarah i Popsy czekali 11 lat żeby go zniszczyć? I czy żyli te 11 lat mając go ciągle na ogonie? A jeśli to nie ten sam, to kto wysyła te cholerne terminatory, bo przecież nie SkyNet, który widzimy na początku. I dlaczego Matt Smith czeka z zaatakowaniem Johna akurat do chwili kiedy Kyle przenosi się w czasie? Jakby wstrzymał się jeszcze 5 sekund, to Kyle nic by nie wiedział o 2017 i zwycięstwo SkyNetu byłoby pewne. A jakby go zamordował dwa dni wcześniej to w ogóle nie byłoby tematu (i tego cholernego filmu). W jaki sposób T-800 zaadoptował substancję prototypu T-1000 i samodzielnie zapgrejdował się do nowszej wersji? Można tak do jutra.

Przez cały film bardzo się starałem, żeby zachwycić się Emilią Clarke jako Sarą, ale jakoś mi nie wyszło. Jai Courtney jako Kyle to obraza dobrych obyczajów. Inna sprawa, że scenariuszowo jego postać została spłycona wzgledem T1, ale kamon, mógł się trochę postarać, zamiast zagrać generycznego twardziela kina akcji. Jason Clarke jako John jest trochę bezbarwny, wolałem nawiedzonego Bale’a z T:S. Arnie umie zagrać terminatora, całkiem nieźle wypada jego starzenie się, ale ile razy można powtarzać I’ll be back?

To ostatnie pytanie można zadać całemu filmowi.


* Między innymi dlatego, oczywiście. Ale trudno odnieść estetykę tech-noir horror, która stanowiła o sile T1 do późniejszych typowych filmów akcji. Porównujmy to, co do porównania się nadaje.

poniedziałek, 25 maja 2015

Max Rockatansky Strikes Back

George Miller wrócił do swojej sztandarowej serii i, ni z beczki ni z teczki, skręcił czwartego Mad Maxa. Fury Road miałem przyjemność obejrzeć w kinowym maratonie, razem z pierwszymi dwoma częściami. Technika filmowa poszła znacznie do przodu, film wygląda jak zrobiony przez kogoś młodszego. Ale nie uprzedzajmy. Pewne spoilery w dalszej części, ale luz, to nie jest film z twistami. Niemniej jednak, jeśli jeszcze filmu nie widziałaś - marsz do kina, do czytania zapraszam potem. Największy spojler jest taki, że Max Rockatansky nie jest głównym bohaterem. Ale ponownie – nie uprzedzajmy. 


Trailery były tak napakowane akcją, że można było pomyśleć, że pokazały wszystko co było do pokazania.

Chuja tam pokazały, tyle wam powiem.

Kina akcji chyba nie da się bardziej docisnąć do ściany bez popadania w kompletny chaos i przyprawiania widza o ból głowy (tak jak w kilku mocniejszych produkcjach japońskich). Akcja chwyta za gardło i nie puszcza do końca. Samochody wybuchają, są kawałkowane, miażdżone i ogólnie traktowane bardzo mało ostrożnie. Ludzie są miażdżeni przez koła i burty pojazdów, wysadzani w powietrze i ciul wie co jeszcze. Kilku miłosiernie tylko zastrzelili. Najbrutalniejsze sceny (urwanie twarzy Immortanowi, rozrywanie na kawałki trepów) są pokazane błyskawicznie, nie ma za bardzo epatowania gore, szczególnie w porównaniu do Mad Maxa i Road Warriora. Dokładnie miałem okazję wszystko zobaczyć dopiero za drugim razem, kiedy wiedziałem kiedy patrzeć – tak, byłem w kinie i drugi raz.

Furiath by się obsrał, tyle tu patentów, których on do swoich sesji nie wymyślił. Armia fanatycznych samobójców chromujących usta tuż przed śmiercią i karmionych transfuzjami krwi oraz ludzkim mlekiem, jadąca do walki w rytm bębnów i riffów wycinanych przez podwieszonego na samochodzie ślepego mutanta-gitarzystę, istnego Ayatollah of rock’n’rolla plującego dźwiękami równie gęsto co ogniem (z gitary). Bullet Farmer mający naboje zamiast zębów oraz czapkę z pasów z nabojami. Ludożerca – liczykrupa, wyglądający jak skrzyżowanie lynchowskiego barona Harkonnena z Pinheadem (spasła masa z problemami dermatologicznymi, ubrany w staroświecki gajer, tyle że z otworami na sutki, do których przyczepione są łańcuchy). Immortan Joe wyglądający jak czempion Chaosu (tak dokładnie to chyba Nurgla). Pełna wystawa ekscentryków w ich ekscentrycznych samochodach. Kult V8 i mitologiczno-językowy patchwork (domyślam się, że scenarzyści wiedzieli, że powinno być Imperatrix Furiosa, a nie Imperator Furiosa i zrobili to celowo z błędem gramatycznym). Taki szczegół, jak widoczna przez pół sekundy twarz lalki przyczepiona z tyłu głowy jednego z mooków. Na postapokaliptycznym pustkowiu liczy się styl i ten film stylu ma od zajebania.
Na pierwszym planie turysta z WH40k
Przestrzeń. Pierwsze dwa Mad Maxy (oglądałem maraton, a co!) były ciasne, miało się wrażenie, że dzieją się na bardzo małym obszarze. Tutaj mają rozmach. Czuć, że pustkowia są wielkie. Mamy też zróżnicowanie terenów. Nie samą pustynią człowiek żyje. Niektóre rzeczy są fajoskie, mimo że nie ma to żadnego znaczenia – wozy buzzardów, dziwne postacie na szczudłach chodzące po bagnach – to tylko flavor, ale robi ten film. Nie wiemy kim są, skąd się wzięli, ani dokąd zmierzają, są gdzieś w tym świecie dziwne krainy i ich dziwni mieszkańcy.

Tempo jest doskonale wyważone, nie ma ani chwili nudy, jeśli jakaś scena nie jest intensywna intensywnością akcji to dzieją się rzeczy intensywne emocjonalnie. Dialogów nie ma za dużo, ale może to i dobrze – brak jest charakterystycznych dla współczesnego kina akcji mdłych onelinerów. Dużo się nie mówi, ale to dlatego, że Fury Road to doskonały przykład umiejętnego zastosowania zasady show, don’t tell.

Oglądając film w maratonie, można było wyłapać pewne rzeczy – Immortan Joe podobnie jak Humungus w Road Warriorze nie pokazuje twarzy. To taka hollywoodzka klisza, że jak ktoś przez cały film chodzi w masce, to na koniec ją zdejmuje. Tutaj, podobnie jak w Mad Maxie 2 – nie. Owszem, na koniec mamy Joego bez maski, ale nie ma również tej części twarzy, którą maska zasłaniała. Nigdy nie dowiadujemy się, jak wyglądał naprawdę.

Widać też wyraźny postęp w stosunku do poprzednich części. W każdym calu – technicznym (w starszych filmach widać wyraźnie stosowanie prymitywnej techniki polegającej na nagrywaniu samochodów jadących z normalną prędkością i przyśpieszaniu filmu), fabularnym, ideolo. Mad Max 1 to kompletne exploitation (cięcia przy wystrzałach z broni, żeby nie było widać żenującej jakości dymu), Road Warrior to robiący wrażenie gatunkowy film klasy B, który swoją stroną wizualną zainspirował całe późniejsze postapo. Fury Road to już zupełnie mainstreamowy film A+ zrobiony z całą mocą współczesnego przemysłu filmowego. I z minimalnym udziałem CGI, wszystko co na ekranie wybucha i rozpada się na kawałki naprawdę, fizycznie wybuchło i rozpadło się na kawałki przed kamerą.

A o czym ten film w ogóle jest? O tym, że beciki są oszukiwane przez system i dają się przerabiać na mielonkę za interesy wielkich tego świata, służąc aparatowi ucisku i dyskryminacji. Skierowanej jak zawsze: przeciwko kobietom i wykluczonym ekonomicznie. Ale wystarczy ich uświadomić co do interesu klasowego i ochoczo przyłączają się do rewolucji. Tylko, że nie – przyłączył się zaledwie jeden.

Czy jest to obraz feministyczny, o co zrobiło się trochę szumu? Nie, to znaczy tak. Anita Sarkeesian słusznie twierdzi, że nie. Ale można też zasadnie twierdzić, że tak i jedno nie wyklucza drugiego. Fury Road jest po prostu normalny i przyzwoity. Jest to film akcji, który ma wiele postaci kobiecych. Kobiece bohaterki nie występują w nim, żeby stanowić obiekty seksualne – uciekinierki są w ten sposób pokazane tylko raz, kiedy Max widzi je po raz pierwszy (scena kąpieli), ale kiedy tylko pozbywają się atrybutów zniewolenia, przestają być pokazywane przez ten pryzmat. Zwróćcie uwagę na kadrowanie – w kolejnych scenach nie są już pokazywane w całej okazałości na zasadzie „podziwiajcie ich urodę”. Dalej: ich udział w fabule nie stanowi również elementu komicznego. Są też, uwaga, uwaga, nie do pomyślenia we współczesnym kinie! – stare kobiety. I nie są (a) klasycznymi babciami ani (b) komicznymi niedołęgami. Tak powinien wyglądać każdy jeden mainstreamowy film popularny, żeby było normalnie. Jakże biedne i smutne są Avengersy w porównaniu.

Bardzo dobry film, który ładnie się zestarzeje.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Wolfschanze czyli Bunkier Wuja Wolfa. Odcinek 5

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Jak wiadomo druga trylogia Jacksona wzbudza mieszane uczucia, chyba nawet z przewagą negatywnych. Co mnie osobiście dziwi, bo to naprawdę zacne filmy fantasy. Plus, to już argument pozaracjonalny, ale za każdym razem kiedy oglądam kolejny film Jacksona osadzony w świecie Tolkiena mam takie niedające się wytłumaczyć wrażenie, że oto odwiedzam dobrego znajomego i nawet jeśli do poszczególnych filmów można mieć zastrzeżenia, to jako uniwersum filmowe są słuszne i potrzebne (podobnie mam z Marvel Cinematic Universe, ale jednak – to nie ta sama dyscyplina). Stąd niezależnie od oceny ostatniej części Hobbita, pozostaje pewien smutek, że to już koniec. Nie będzie więcej filmów (no, chyba, że będą). Symbolicznie film kończy się piosenką Last goodbye, którą ze smutnym uśmiechem wysłuchałem do końca siedząc sam w sali kinowej (pozostali widzowie nie wytrzymali presji wzroku pracowników kina i wyszli przed końcem, ja jestem zaprawiony w czekaniu na post-credits scenes).

Teraz uwaga, ale będzie bluźnierstwo: trylogia Hobbita jest lepsza niż trylogia Władcy Pierścieni. W LotR Jackson dopiero budował i wymyślał swoją wizję Śródziemia, miał też więcej materiału do obrobienia, więc musiał bardziej trzymać się opowiadania historii niż budowania backgroundu. Poza tym, kwestia wizualna – niestety, dzisiaj widać, że LotR wpadł w dolinę niesamowitości CGI lat dwutysięcznych. Bitwa na polach Pelennoru wygląda z dzisiejszej perspektywy żenująco, Rohirimowie wpadają w tą samą kategorię, co Neo z drugiego Matrixa tłuczący niezbyt przekonująco wygenerowanych Smithów. Mówiąc wprost – stara trylogia brzydko się zestarzała. Drużyna jeszcze daje radę, ale pozostałe dwie części nie robią aż takiego wrażenia. Poza tym – niedający się znieść patos wzmacniany irytującą, nachalną i banalną muzyką. Tylko żebyśmy się zrozumieli – to nadal są dobre filmy, ale Hobbit wypada jednak lepiej, lżej.

Ale do rzeczy. W krótkich żołnierskich słowach. Co mi się w BotFA nie podobało:

1. Uniwersalny tolkienowski deus ex machina, czyli orły. Serio, skoro Jackson zmienił tak dużo w samej bitwie (i to na plus, jeśli chodzi o stronę orków) to nie mógł przemyśleć udziału pierzastych?

2. Czniać fizykę. Legolas do wykonywania swoich akrobacji na walącej się wieży musiałby mieć zerową masę. Beorn zdesantowany z orła w postaci niedźwiedzia upadając z takiej wysokości powinien był się rozplaskać na wszystkie strony.

3. Żeby kogoś zabić trzeba go trafić bronią. Rzut o ścianę, który powinien był połamać wszystkie kości, upadek z dużej wysokości, kąpiel w lodowatej wodzie w zbroi – nie liczą się.

4. Gandalf w pewnym momencie mówi, że orkowie to wyszkoleni bojownicy i trudno ich będzie pokonać. I co się okazuje? Hałastra z Esgaroth radzi sobie z nimi doskonale za pomocą kijów od szczotek, nawet nastolatek nie ma problemu z zaciukaniem dwóch orków na raz.

5. Czniać realizm zbrojeniowy. Orkowie są od stóp do głów zakuci w żelazo, ale ciul znajet po co, skoro każdy jest w stanie jednym ciosem przebić ich napierśniki. Bronie orków bywają zbyt ekstrawaganckie, żeby być skutecznymi – Azog na lajcie załatwiłby Thorina, gdyby nie fancy zahaczka na ostrzu. Jak zwykle – głównego bohatera rozpoznaje się po tym, że nie nosi hełmu. Albo nosi zbroję, ale do bitwy ją zdejmuje (cała drużyna Thorina zdejmuje swoje potężne krasnoludzkie zbroje i odkłada potężne krasnoludzkie uzbrojenie ruszając do bitwy).

6. Czniać realizm bitewny. Orkowie powinni byli tą bitwę wygrać. Mieli taktykę, mieli dobre dowodzenie i system komunikacyjny, mieli edge w postaci wielkich bestii i wsparcia lotniczego, mieli przewagę liczebną. Co ich zgubiło? Brak głównych bohaterów w szeregach ich armii, interwencja orłów z Beornem i szarża drużyny Thorina. Bez sensu. I skąd nagle Thorin wytrzasnął te kozice? Może z edycji rozszerzonej się dowiemy.

A co po stronie plusów?

1. Strona wizualna. Wszystko było takie jakie w filmie o Śródziemiu być powinno. Co prawda zabrakło trochę pokazania większych fragmentów Ereboru (który był highlightem poprzedniego filmu), ale i tak mi się podobało. Dodatkowe plusiki za psychodeliczne sceny wypędzenia Saurona z Dol Guldur i szaleństwa Thorina.

2. Aktorzy. Ludzie narzekali na tego i owego, ale mi się wszystkie wykonania podobały. Ale oczywiście jedna rola zdecydowanie wybijała się ponad wszystkie pozostałe. Martin Freeman stworzył archetypicznego hobbita, z jego cwaniactwem, uporem, dobrodusznością i ukrytą w niepozornej postaci odwagą. Nie to co mimozowaty Frodo, wkurwiający Merry z Pippinem czy niedojdowaty Sam. Wspaniała scena, kiedy Bilbo z Gandalfem siadają po bitwie i nic nie mówią, bo i nic do powiedzenia nie zostało.

3. Wstawki warhammerowe. Troll z kikutami wzmacnianymi bronią totalnie jak żywcem wyjęty z Ogre Kingdoms. Dain – zabójca trolli. Zmutowany troll (czy tam inny waflon) z małą ręką.

4. Szeroko komentowane wielkie czerwie. Wątki lovecraftowskie pojawiły się już w Drużynie Pierścienia w postaci gwiezdnego pomiotu (lub Hastura, trudno powiedzieć, ciemno było), więc o co krzyk? Tylko pytanie: gdzie te robale poszły po bitwie? Czemu nie ruszyły aby zniszczyć Dal?

5. Bilbo w pewnym momencie mówi Thorinowi, że nie jest wojownikiem, tylko hobbitem. Ewidentny dowód na to, że hobbit to klasa postaci, całkiem jak we wczesnych dedekach.

Niby minusów wymieniłem więcej, ale to wynik chłodnej analizy. Film widziałem dwa razy i mi się podobał, kiedy siedzi się w kinie nie myśli się specjalnie o nieścisłościach i ewidentnych fakapach. Nie obraziłbym się, jakby Jackson nakręcił coś jeszcze.

Nowe Secret Service i nostalgia w crowdfundingu

Pierwszy numer kupiłem, przeczytałem wszystko co było do przeczytania (co jest rzadkością w moim przypadku) nawet mi się podobał, ale to jest zupełnie inny klimat niż kiedyś, kiedy każdy numer każdego pisma o grach był kopalnią niedostępnych inaczej informacji. Kiedyś nie było neta i pisma o grach stanowiły jedyne źródło wiedzy. Czasem wspominały o jakiejś grze w trzech zdaniach i dawały malutkiego skrina. a mały Wolfik brał lupę i oglądał takiego skrina dokładnie z każdej strony budując na tej podstawie wyobrażenie o tym jak zajebiaszcza to musi być gra. Szczególnie mocno badałem w ten sposób dawne crpg, bo na małych skrinach ledwo było widać wszystkie cyferki opisujące postacie i artefakty. Czyli – niemożliwe jest współczesne powtórzenie doświadczenia z lat 90tych. Inne czasy, inne wyzwania, inna ilość czynników wymagających uwagi.

Zatem – co z tym Secretem? Wszyscy znamy zawirowania wokół nazwy i wydawania pisma. Nic od siebie więcej nie dodam, chyba mało jest osób, które uznały wydźwięk sytuacji za pozytywny. Ja do nich również nie należę.

Popatrzmy za to na drugi numer. Coraz oczywistsza staje się sprawa jechania na nostalgii. Drugi numer to prawie same starocie, wspominki, teksty przekrojowe. Fajn baj mi, ale czy rzeczywiście pismo ukazujące się w 2014 roku powinno skupiać się na opisywaniu gier sprzed 25 lat?

Tak się złożyło, że ten temat stał się wspólny dla wielu zbiórek crowdfundingowych zorganizowanych w ostatnim czasie w Polsce. Zasadnicze pytanie brzmi – co zrobić z nostalgią? Udawać, że nadal są lata 90te, albo ogłaszać tryumfalny powrót do nich? Nie da się, żeby nie powiedzieć, że to zwykłe oszustwo. Chyba najuczciwiej do tematu podeszli Krzysztof Gonciarz i Michał Górecki – postanowili nakręcić film o tym jak było. Koniec, zamknięty rozdział, smutna muzyczka, piękne czasy, to se ne vrati. Ale z drugiej strony – piractwo, mizeria edytorska i estetyczna. Takie granie na nostalgii jest uczciwsze. Autorzy mówią wprost – dostaniecie nostalgię, ale nic ponadto. Nie będzie wskrzeszania legend, nie będzie kultowych powrotów. Martwe legendy pojawią się przed kamerą, trochę powspominają, może wspólnymi siłami dojdą do wniosku dlaczego tamten świat upadł i już nie wróci. 

Thank you for playing obejrzę z przyjemnością. Do kolejnych projektów obiecujących cuda wskrzeszania będę podchodził bardzo sceptycznie. 

piątek, 5 września 2014

Przegląd kina wiosenno-letniego

Postawiłem sobie w tym roku ambitny cel obejrzenia wszystkich hollywoodzkich filmów fantastycznych, jakie tylko się pojawią w kinach. Oczywiście – z pewnym zastrzeżeniem, że nie wszystko mnie interesuje w równym stopniu (nie widziałem więc przykładowo Transcendencji). Z okazji zakończenia sezonu


można więc stworzyć małe podsumowanie. Nie ma sensu robienia odrębnej recenzji każdego filmu, i wspominanie o absolutnie wszystkich widzianych obrazach, bo nie mam o nich aż tak dużo do powiedzenia poza podobało mi się/podobało mi się nie. Ogólna uwaga – w obecnej dekadzie do kina chodzić warto.

Godzilla

Po tym filmie dużo sobie obiecywałem. Nie będę tu snuł nostalgicznych bajań jak to w latach 90tych oglądałem na wideo filmy w których Godzilla tłukł w usto bolesne coraz to dziwniejsze poczwary, bo tak było i tyle (elo Falker!). No i się nie zawiodłem. Główny bohater jest wielki niczym góra i tak też zbudowany. No właśnie – główny bohater. Ludzie się nie liczą, to jest film o w pytę wielkim bydlaku spoza czasu i przestrzeni, a nie o maluszkach biegających bez sensu w tą i z powrotem. Serio, ludzie nie odgrywają w tym filmie wielkiej roli. Wydarzenia napędzane są jedynie przez działania potworów.

Tradycyjnie Godzilla był produktem energii atomowej. Tutaj jest inaczej. Nie bez kozery wspomniałem o pochodzeniu spoza czasu i przestrzeni. Jeden z ludzkich bohaterów (grany przez Kena Watanabe – dyżurnego Japończyka Hollywoodu) mówi w pewnym momencie, że Godzilla z ludzkiego punktu widzenia jest właściwie bogiem. I tak właśnie jest, z tym że nie bogiem. Zarówno Godzilla jak i jego przeciwnicy to nikt inny jak Wielcy Przedwieczni. Uśpieni w swoich R’lyeh, czekający na zajście warunków do swego przebudzenia (lub obudzeni przypadkiem). Wielu ich zapewne zostało, czekają żeby dostać łomot w kolejnych częściach. Nie mogę się już doczekać.

Kpt. Ameryka: Winter Soldier

Pierwszy kapitan nie zachwycił mnie jakoś szczególnie, na drugiego poszedłem bez nadmiernie wielkich oczekiwań. I o dziwo – fajoski jest. Wszystko zagrało – akcja jest wartka, są twisty (jeden łatwy do przewidzenia, ale cieszący), wszystko czego można oczekiwać od takich filmów. Plus absolutnie genialny pomysł na oldskulową sztuczną inteligencję, który koniecznie wykorzystam kiedyś jeśli będę grał w Necessary Evil.

Edge of Tomorrow

Nie spodziewałem się jakichś specjalnych fajerwerków, a dostałem całkiem solidny kawałek kina s-f. Trailer mógł być mylący, bo sugerował bogatą batalistykę, a tak naprawdę to cała bitwa została właśnie w trailerze pokazana. Historyjka może się wydawać dość naciągana, ale przynajmniej wewnętrznie trzyma się kupy. No i znowu mamy coś a’la Wielkiego Przedwiecznego i Pradawne Kosmiczne Moce. Jedyny zgrzyt jest z kategorii #rapiery – czemu największa operacja desantowa w historii ludzkości nie ma żadnego wsparcia artylerii ani lotnictwa? Serio, nie można było tej plaży wstępnie obskoczyć nalotem dywanowym?

X-men: Days of the Future Past

W tym wypadku mocno się nakręciłem, bo i First Class było świetne i historia, za którą się wzięli znakomita. No i się ani trochę nie zawiodłem. Film ładny (genialna scena kiedy Quicksilver załatwia strażników), przemyślany, dobrze napisany i zagrany. Historia trzyma poziom, przenoszenie się w czasie działa bez zgrzytów. Nowa franszyza już, po dwóch częściach, jest zdecydowanie lepsza od starej. Inna sprawa, że pierwsza część ze starej serii wpada trochę w dolinę niesamowitości – miała pecha powstać w okresie przejściowym, nie załapała się na urok starej techniki, ale powstała za wcześnie żeby skorzystać w pełni z dobrodziejstw techniki nowej.

Minus z kategorii czepialstwa – dlaczego nie wzięli ze sobą Quicksilvera do Paryża, przecież on by całe towarzystwo sam rozmieszał?

Transformers 4

Bay, ty chuju! Ostatni raz dałem się nabrać na trailer. Siedzę sobie w tym kinie przez prawie trzy godziny i czekam – kiedy wejdzie Grimlock? No i wszedł. Na samym końcu. Może na kwadrans przed końcem. Słabo. A reszta filmu? Nudy, panie! Podczas finałowej rozwałki przysypiałem. Dosłownie. Dziury logiczne wielkości odcisków stóp Godzilli, szkoda nawet wymieniać, kołek do zawieszania niewiary jebnął aż się drzazgi posypały na k3 metry. Roboty ładne, ale – zbyt antropomorficzne. Serio, robot w płaszczu? Poza tym – nie było czasu nacieszyć się tymi najfajniejszymi (gdzie te obiecane w trailerze Dinoboty!). Zobaczymy co wymyślą w piątej części. Jeśli akcja nie przeniesie się w kosmos, jak w trzecim sezonie pierwszogeneracyjnej kreskówki, to nie będę oglądał. Są jakieś granice kompromisu społecznego.

Świt Planety Małp

Sequel do prequela będącego jednocześnie rebootem. Rise było świetne, stąd i po Dawn spodziewałem się dużo. I ponownie – nie zawiodłem się. Film zupełnie różny od poprzedniego – mamy pełne postapo. Podobne jest to, że historia jest smutna i nie ma happy endu. Zresztą – nie mogło go być, w końcu wszyscy znamy oryginalny film i wiemy jak to się skończy. Rise było krytyką oddania nauki w ręce biznesu, Dawn jest pesymistyczny po całości. Rozumne rządy, nauka i kultura, wszystko idzie w diabły przez zemstę i nienawiść. No i ludzkość jako taka jest niedobra, w końcu kto nauczył małpy nienawiści? W kolejnej części zobaczymy ostateczny upadek ludzkości i bezradnie patrzącego na to Cezara.

Warta odnotowania scena szturmu pokazana z perspektywy obracającej się wieży wozu bojowego.

Guardians of the Galaxy

Kiedy pacholęciem będąc czytałem komiksy Marvela to moją wyobraźnię rozpalały szczególnie tematy kosmiczne. Wiecie, te wszystkie potężne istoty z gwiazd, które przylatują na Ziemię, biorą łomot od lokalnych herosów, albo importują własnych bohaterów. Strzelanie z broni białej lub z kończyn, pistolety obracające całe miasta w perzynę, kosmiczne metropolie. Wielkie bitwy. Infinity War. Przyszedł rok 2014 i oto James Gunn (ten od genialnego Super, najlepszego filmu superbohaterskiego ever) powiedział et voila! mojemu wewnętrznemu dwunastolatkowi. Nie mam nic do dodania. Bawiłem się znakomicie, film jest efektowny, ale fabuła trzyma standardy europejskie. Mnóstwo kosmicznych lokacji i artefaktów. Rocket i Groot kradną film. W ogóle o czym my rozmawiamy, film z piosenką Bowiego nie może być zły. Tego oczekiwałem i to dostałem. Jakby ktoś pytał jak by miały wyglądać Transformersy V, to właśnie tak. Urwana głowa Unicrona już się pojawiła. 

Tylko oczywiście poważny zgrzyt z tłumaczeniem. Wierzbięcina rządzi i każdy szanujący się polski tłumacz musi koniecznie dośmieszać dialogi i lokalizować dowcipy. Srsly, lifespan to linia życia? Boję się nawet pomyśleć jaki crap poszedł w wersji dubbingowanej.